Archiwum kategorii: Refleksje w Roku Miłosierdzia

Stąd jest najbliżej do nieba

Fot. - Taiga, Fotolia.com
Fot. – Taiga, Fotolia.com

Kilka lat temu taki właśnie tytuł nadałem jednej z publikacji, która opowiadała o najwyżej położonej wiosce w Polsce, a mianowicie Koniakowie. Do stron rodzinnych wraca się z sentymentem, i choć posługuję kapłańską pełnię dziś w archidiecezji lubelskiej, to od dwudziestu lat praktycznie nie miałem urlopu, żeby nie spędzić tam choć kilku tygodni. To w Koniakowie odprawiłem jedną z mszy św. prymicyjnych i w Koniakowie dzięki życzliwości Księdza Proboszcza wygłosiłem ostatnie rekolekcje wielkopostne, n.in. dotyczące grzechów cudzych.

To właśnie świadomość tego, że milczenie też jest rodzajem wypowiedzi, skłania mnie do napisania tych kilku prostych zdań. Słów poświęconych ludziom, od których tak wiele się nauczyłem i którym tak wiele zawdzięczam.

Choć Koniaków był zawsze bardzo bliski mojemu sercu, dziś bardziej niż kiedykolwiek czuję się mieszkańcem Koniakowa. Tak, dziś w sposób szczególny jestem z Koniakowa. W chwilach, kiedy poniewierana jest religijność ludzi, którzy także dla mnie niejednokrotnie stanowili wzór i przykład miłości Boga i bliźniego, milczenie o tej parafii, o chwilach spędzonych z jego duszpasterzami, o życzliwości i chrześcijańskiej miłości, byłoby zwyczajnym grzechem cudzym…

Nie spotkałem nigdy tak wzorowej drużyny ministrantów, tak oddanych Bogu i Kościołowi parafian, jak mieszkańcy tej górskiej miejscowości. Przez dwadzieścia lat moje urlopy przypadały głównie w czasie dyżuru Księdza Proboszcza. Zresztą wiele razy prosił mnie, by jeśli mam wybór, przyjeżdżać kiedy on jest na parafii, bo wtedy mogę mu pomóc. Kiedy czytam dziś medialne sensacje, najpierw ogarnia mnie pusty śmiech, a potem współczucie i trwoga.

Spędziłem tam wiele czasu, bywałem całymi godzinami na plebanii, rozmawiałem z niejednym wikariuszem i mieszkańcem Koniakowa. Nie spotkałem nigdy, i piszę to pełen świadomości, nigdy plączących się dzieci czy młodzieży po plebanii. Tym może nawet różnię się z Księdzem Proboszczem, że mój dom parafialny, jest otwarty. Zresztą wielu przestrzega mnie, że kiedyś to się dla mnie źle skończy, że ktoś może wytoczyć przeciw mnie najbardziej ohydne pomówienia, bo młodzież plącząca się po plebanii, to przecież doskonały pretekst do jakichkolwiek pomówień, ale jak się okazuje, nawet gdyby pozamykać drzwi na klucz, jak pokazuje przykład ostatnich dni, też można zostać zlinczowanym, bez procesu, bez prawa do obrony i nawet bez osobistego postawiania zarzutów przez rzekomą ofiarę…

Wiele razy nawet z młodzieżą bywałem w Koniakowie i nie ukrywałem, że nie przywiozłem ich na wycieczkę w góry, ale przywiozłem im pokazać wiarę prostą, jak Ojcze nasz i Zdrowaś Maryjo szeptane przez polskich górali, wiarę ofiarną, jak ostatni grosz, rzucany do puszki kenijskiemu Księdzu, który prosił o datki, aby w ubogiej Afryce zbudować dzieciom szkołę, duszpasterzy wrażliwych na potrzeby innych, jak Ksiądz Proboszcz, który potrafił oddać ks. Patrickowi z Kenii całą swoją pensję, a gdy ten wzbraniał się, powiedział do mnie: „przetłumacz mu, że to na bilet, bo oni mają trudniej niż my…”.

Są sprawy, które doczekają się sprawiedliwości dopiero na tamtym świecie, ale już tu, na ziemi wszyscy znamy na pewno świętych i grzeszników. Świeckich i duchownych. Przez owe dwadzieścia lat, mimo całych godzin rozmów, nie usłyszałem nawet jednej anegdoty o zabarwieniu erotycznym od Proboszcza z Koniakowa, nigdy ja, dorosły człowiek i ksiądz, więc można by powiedzieć „swój”, nie byłem namawiany do picia alkoholu. Pamiętam za to piękne wywody o muzyce, śląskich zwyczajach i świętach spędzanych na wzór rodzinnego domu. Takiego poznałem i takiego pamiętam Księdza Jerzego.

On sam na pewno ma wielu przeciwników, a pobożność śląskich górali niejednemu była i jest solą w oku. Owszem, wiele rozwiązań gospodarczych, duszpasterskich czy logistycznych  jakie stosował w Parafii, sam nigdy bym nie wprowadził, a nawet rzec by można, dziś sam jako proboszcz robię wiele rzeczy dokładnie odwrotnie. Zwyczajnie styl posługi, jakiej sam się oddaję i jaką mam we krwi, jest bardziej spod znaku zwykłych butów papieża Franciszka niż spod majestatu tiary dawnych papieży. Bóg to będzie sądził nie ja, i mam nadzieję że i mnie Bóg, a nie mass media kiedyś osądzą. Wiem, że tym głosem rzucam na szalę wszystko, na co pracowałem, i co jeszcze przede mną. Siła mediów jest porażająca. Ostatnimi czasy jej potęgi w pozytywnym znaczeniu doświadczyłem i ja i moja parafia. Wiem, że teraz tysiące „lajkujących” moje wpisy może zastąpić tysiące hejterów, kreując mnie na potwora, który ma czelność zabierać głos w sprawie, w której dla wielu już wszystko jest jasne i wiadome.

Zanim więc zostanie mi odebrane prawo do kilku prostych zdań, świadomie dokańczam mój wpis. W głowie kołaczą mi się słowa znanej piosenki, o latach słusznie minionych i kapłanie, którego kreowano na wroga proletariatu a jego msze nazywano seansami nienawiści…

Mieli się przecież nienawidzić

Mieć oczy zamknięte, niewiele wiedzieć

To megafony miały im mówić

Kogo kochać i z kogo szydzić

Mieli walczyć o kawałek chleba

I jak pomniki czekać, a świtem

Już cichym tłumem ruszyć do pracy

I strach ukoić wódki łykiem

 

Ref: Uciszcie tego księdza, wiecie, co macie robić

Uciszcie, uciszcie

 

Mieli w pochodzie iść ze sztandarami

Na znak do kamer się uśmiechać

Nowym korytem wytyczonym

Popłynąć szarą, równą rzeką

Miało tak przecież być do końca

Bez opium dla ludu i tej choroby

Jakichś nonsensów o wolności

Która im tylko mąci w głowie

 

Ref: Uciszcie tego księdza, wiecie, co macie robić

Uciszcie tego księdza, przecież wiecie, jak to się robi

Uciszcie tego księdza, wiecie, co macie robić

Uciszcie, uciszcie

 

Mieli się przecież nienawidzić

Mieć oczy zamknięte, niewiele wiedzieć

Jak to się stało, że kamienie

Mogły w modlitwę się zamienić …

 

Dziś kamienie pogardy kierowane pod adresem Koniakowian i naszego Proboszcza też muszą zamienić się w modlitwę. To jej najbardziej potrzebują mieszkańcy i Ksiądz Proboszcz. Choć rozum stawia i stawiał będzie parę prostych pytań. Chociażby o to, jaki związek ma wywołanie tego skandalu TERAZ z rozpoczętą parę dni temu ogólnopolską akcją zainicjowaną przez środowiska homoseksualistów pod hasłem „przekażcie sobie znak pokoju”, o której napisali Księża Biskupi, że katolik nie może się w nią angażować? Akcją, która stwarza poważne niebezpieczeństwo, że wierni ulegną dezorientacji co do nauki Kościoła na temat grzechu sodomskiego? Dlaczego rzekoma ofiara udziela wywiadu, a kto inny składa doniesienie do prokuratury na podstawie nie faktów, ale prasowych doniesień? Ilu z dziennikarzy szukających sensacji w Koniakowie wychodzi ze znanego w polskich mediach założenia, że „prawda została już ustalona i żadne fakty jej nie zmienią?”. Prawa do tych pytań, nikt nam nie odbierze…

W każdym razie, pozostając wierni Bogu i Kościołowi, zjednoczeni na modlitwie i dający świadectwo prawdzie, sprawimy z Bożą pomocą, że wciąż, mimo wysiłków wielu wrogów Kościoła, z Koniakowa wciąż będzie najbliżej do nieba…

Asante znaczy dziękuję

Kenia„Patrick”, powiedział do mnie podając mi dłoń na powitanie młody kleryk z Czarnego Lądu, z którym miałem dzielić przez najbliższe miesiące pokój w rzymskim seminarium. „Mirek”, odpowiedziałem, witając współlokatora w Collegio Ecclesiastico „Sedes Sapientiae” w Rzymie, dokąd obaj zostaliśmy skierowani na studia. Dla niego i dla mnie wszystko było nowe. Obaj byliśmy na początku naszej drogi do kapłaństwa. Mieliśmy swoje wyobrażenia i plany na przyszłość. W tym wzajemne zaproszenia do odwiedzenia naszych ojczyzn. Wtedy jednak nasza ukochana Polska dopiero otwierała się na świat, a może lepiej byłoby powiedzieć, że świat otwierał się na nas.

Od tamtej chwili minęło 23 lata… Zdążyliśmy utracić i na nowo odzyskać urwany kontakt. Internet stał się łatwiej dostępny nie tylko w Polsce, ale i w odległej Kenii. Z Bożą pomocą udało nam się również odwiedzić się wzajemnie w naszych parafiach. dzięki ofiarności dobrych ludzi, których nie brakuje na świecie, udało nam się w Polsce zebrać nieco grosza, dzięki któremu w Mbaranga, wiosce oddalonej o kilka godzin jazdy samochodem od Nairobi, udało się skończyć budowę szkoły i nieco ją doposażyć. Zorganizować transport leków i ubrań dla najbardziej potrzebujących. Słowem, czasem więcej siły i chęci do życia niż dary materialne daje poczucie, że ktoś zauważy w bliźnim człowieka z jego potrzebami, radościami i smutkami. Zawsze, a przynajmniej w przypadkach, z którymi się zetknąłem najcenniejszym darem jest nadzieja.

Tak też było w tym roku. Światowe Dni Młodzieży w Krakowie to niepowtarzalna okazja aby ponownie się spotkać, ale także by spróbować zabrać ze sobą dzieci i młodzież, dla których świat do tej pory zaczynał się w Mbaranga bądź Gatunga a kończył w oddalonym o kilkanaście kilometrów Meru. Zanim Ojciec Święty Franciszek zaapelował na krakowskich boniach, abyśmy byli siewcami nadziei, mój kolega ks. Patrick, tłumacząc dlaczego zabrał ze sobą tak młodych uczestników,  powiedział, że chciałby pokazać dzieciom inny świat, zarazić ich nadzieją, aby kiedy wrócą i zaczną uczyć się oraz pracować we własnym kraju mieli marzenia, dzięki którym nie będą się bali przekształcać świata i rozwijać się. Zresztą ks. Patrick również za zgodą ks. Biskupa podjął studia specjalistyczne z zakresu rozwoju społeczno – gospodarczego. Gdy byłem u niego powtarzał nie raz, że tu (w Afryce) ksiądz musi być nie tylko kapłanem, ale robi to, co w Europie robi wójt, lekarz, kierowca, architekt, adwokat, rozjemca i wielu, wielu innych. Ma być człowiekiem między ludźmi, pisanym przez wielkie „C”, do którego można przyjść i przynajmniej porozmawiać. Nawet, jeśli nie zaradzi potrzebom, wysłucha i pomodli się, a to już dużo.

Mimo piętrzących się od początku trudności, wyjazd doszedł do skutku. Jeszcze nie raz Dobro i Zło miały zewrzeć szyki w walce o dusze małych dzieci z serca Afryki. O tym jednak innym razem. Zawsze jednak, kiedy piętrzyły się problemy, pojawiali się też Dobrzy Ludzie, którzy swoją miłością, serdecznością i świadectwem chrześcijańskiego życia pomagali iść naprzód i wypełniać serca nadzieją, aż po same brzegi, nie tylko te Krakowskie. „Proszę Księdza, to zebraliśmy w niecałe trzy godziny pośród znajomych, powiedziała goszcząca nas Pani, na krakowskim Bieżanowie, wręczając ponad siedem tysięcy złotych. „Nie wszyscy mogliśmy przyjąć pielgrzymów więc chcemy, aby ksiądz przeznaczył te pieniądze na te konkretne dzieci, ma tym dzieciom w Polsce niczego nie brakować!” – dodała. W kolejnych godzinach ludzie donosili jeszcze więcej ofiar. Pieniężnych i materialnych. Jak udało nam się wykorzystać ofiarowane pieniądze, napiszę w jednym z kolejnych wpisów. Kiedy jednak ksiądz Patrick robił zdjęcia telefonem i wysyłał do Afryki, aby rodzice maluszków byli spokojni, że są bezpieczne i szczęśliwe, spotykał się wielokrotnie z  tym samym pytaniem: „Czy wy jesteście w raju”?

Dla nich jesteśmy rajem. Zmywarka do naczyń, odkurzacz, pralka automatyczna, podróż pociągiem, wzbudzały nie mniejsze zainteresowaia niż park rozrywki w Inwałdzie lub Muzeum św. Jana Pawła II w Wadowicach. Patrząc więc z perspektywy zaledwie kilkunastu dni od tego szczególnego czasu przychodzi do głowy refleksja, że po wielokroć jesteśmy jak Pierwsi Rodzice – Adam i Ewa. Otacza nas raj, nawet nie dlatego, że inni mają gorzej pod względem materialnym, ale dlatego, że otacza nas mnóstwo ludzi o anielskich sercach, emanujących dobrocią i chrześcijańską miłością, a my pozwalamy Kusicielowi, aby wmówił nam, że prawdziwe szczęście może dać jedynie sięgnięcie po zakazany owoc. Niech więc nasz raj, który objawił się w czasie ŚDM trwa. Niech dobroć serca zmienia świat.

Nasi goście przywieźli ze sobą mnóstwo pamiątek. Obdarowywali nimi ludzi zaangażowanych w organizację ich pobytu w Lublinie, ale także zostawili ich ponad dwieście, abyśmy umieścili je w naszym internetowym parafialnym sklepiku i spróbowali zlicytować, aby dochód ze sprzedaży pomógł im spłacać kredyt, jaki parafia w Gatunga zaciągnęła, aby sfinansować podróż grupy do Polski. Przedmioty te trafiły na nowo powstały portal aukcyjny www.tutino.pl. Zostaliśmy zwolnieni z wszelkich opłat i prowizji, aby całość dochodu ze sprzedaży (możliwe są opcje kup teraz lub licytacja) mogła trafić do dyspozycji ks. Patricka. Tam, w nowej parafii również zaczął posługę od wybudowania szkoły dla dzieci. „Edukacja, to dla nich przepustka do lepszego życia”, tłumaczy. Zaledwie 50 zł miesięcznie wystarcza na sfinansowanie edukacji jednego dziecka… Koszt dwóch biletów do kina, zaczyna projekcję filmu o lepszym życiu dla tych dzieci. Zdaję sobie sprawę, że i u nas nie brakuje dzieci i młodzieży, którym można i trzeba pomóc. często są to niekoniecznie najubożsi materialnie, ale często młodzi, ambitni ludzie, którym parę groszy miesięcznie pomoże wypłynąć na szersze horyzonty i uwierzyć, że lepszy świat nie musi zaczynać się od praktyki na obczyźnie na zmywaku. Powołałem do życia Fundację „Pod Damaszkiem”. Chcemy pomagać jednym i drugim, chcemy inwestować w człowieka, w jego zdolności, ale przede wszystkim w jego duszę i życie Ewangelią.

Mam świadomość, że proponowane aukcje niekoniecznie odzwierciedlają wartość przedmiotów, choć niektóre są warte więcej, niż cena „kup teraz”. Chcemy jednak poprzez te aukcje charytatywne przedłużyć ten łańcuszek dobrych serc, jaki objawił się w czasie ŚDM. Za przystąpienie do aukcji, nabycie przedmiotów, zachęcenie innych i udostępnienie informacji o wydarzeniu, z serca składam serdeczne Bóg zapłać. Skromny koszyk, pleciony z trzciny dywan, rzeźbiona figurka zwierzątka czy afrykańska koszula będą nam przypominały, że gdzieś daleko w Afryce, jakieś dziecko będzie składając rączki do pacierza modliło się do Boga za nas i szeptało słowa, które może gdzieś w duszy usłyszymy – „Asante sana„, to znaczy „dziękuję bardzo„.

Do naszego sklepu zapraszamy poprzez kliknięcie tutaj

Marnotrawne dzieci

Fot. - Sergey Nivens - Fotolia.com
Fot. – Sergey Nivens – Fotolia.com

„To moje prawo i mój własny wybór, więc nic ci do tego, zdziwaczały starcze! Przede mną przyszłość, świat, miasto i zabawa, więc nie dziw się temu, że właśnie opuszczam to nędzne poletko! Biorę, co do mnie należy i więcej tu nie wrócę. Zapamiętaj sobie na koniec, że nic ci do mojej wiary, i nic do mych decyzji! To tylko moja sprawa! Na pewno świat będzie dla mnie bardziej od ciebie łaskawy, i nie każe się spowiadać z mojego własnego wyboru.”

Zamilkli, oglądając się z niedowierzaniem za siebie przechodnie, świadkowie tej sceny, nie mogąc pojąć tego, co właśnie usłyszeli. Posmutnieli sąsiedzi ojca i jego przyjaciele, nie mając odwagi współczuć ni wypominać wymagań oraz wychowania, które staruszkowi ongiś podyktowały przecież wersety Świętej Księgi.

Nawet pokój dziecinny, który opustoszał zdawał się milczeć, nie chcąc się wymądrzać,  i choć on jeden mógłby śmiało przywołać znane nie od dziś powiedzenie „a nie mówiłem”, wolał w milczeniu zastygnąć, czekając aż pan domu wyznaczy mu lada chwila nowego mieszkańca.

Tymczasem staruszek ojciec zamknął dziecinną bawialnię, spojrzał gdzieś hen daleko, gdzie chwilę temu zniknęło marnotrawne dziecko, westchnął do Pana Niebios i wyszeptał modlitwę, jaką znał i wymawiał z twarzą skrytą w swych dłoniach, w momentach najtrudniejszych swojego żywota:

„O Panie, racz wejrzeć na mnie, sługę niegodnego, i pozwól raz jeszcze postąpić wedle słów Świętej Księgi. Daj mi poznać w sercu, gdzie chcesz mnie zaprowadzić i pozwól się przygotować na to, co ma niechybnie nadejść. Daj proszę mi poznać, jak bardzo diabeł skusił serce dziecka i jak bardzo dopuścisz, by zostało splamione niegodziwością, kłamstwem, szaleńczą beztroską a może nawet grzechem Absaloma, lub naiwnym tańcem młodziutkiej Salome? Czy powinienem jak Dawid, z gronem swych wiernych druhów spodziewać się, że już wkrótce synowie Gery będą miotać przekleństwa, próbując na nowo budzić demony przeszłości? A może jak w przypadku odważnego proroka o losie mym przesądzi taniec naiwnej Salome?”

Dzień właśnie się już chylił ku swemu zachodowi, ostatnie światła gasły, czekając, aż za parę godzin zbudzi je po dwakroć głośne pianie koguta. I tylko święta Księga zdawała się gorączkowo szukać kolejnych wersetów, na umocnienie w staruszku ojcu wiary w  świętą moc przebaczenia. Spojrzał więc na księgę, zerknął na pustą drogę i smagany jesienno zimowym wiatrem, powrócił do domu, wiedząc, że jeśli nawet po ludzku to będzie niemożliwe, to wciąż „wszystko może w Tym, Który nas umacnia”. Teraz więc nie pora wpatrywać się w pustą drogę, teraz jest czas powrotu do codziennych zajęć. Czas modlitwy codziennej o to, by gdy już dziecko zasmakuje strąków ze świńskiego koryta, gdy z poobijanym sercem wciąż jeszcze nie wolnym od pychy, wróci skopane przez życie i wypowie zaklętą regułkę, nie wierząc samemu do końca w jej głębokie znaczenie, staruszek z sercem wypełnionym po brzegi żalem, wtedy jeszcze pamiętał, co mu objawił Najwyższy: „Wystarczy ci mojej łaski”, wystarczy, więc póki co, walcz dalej o innych, a Ja będę wciąż walczył o ciebie.