Zauważyć brata

Fotolia.com – pathdoc

Powiadają, że z jednego podmiejskiego autobusu, jakie jeżdżą po ulicach naszych miast można by skompletować trzy ekipy rządowe, dwie drużyny piłki nożnej, obsadę jednego szpitala i pół episkopatu. Cóż, my Polacy znamy się jak nikt na tym świecie na polityce, sporcie, medycynie i religii. Co więcej, mamy nieodpartą chęć nawracania innych na własne poglądy, i to bynajmniej nie w tej ostatniej dziedzinie. Jeśli ktoś nie myśli tak jak my, to zapewne piąta kolumna wrogiego, bo doszliśmy już do takiej polaryzacji stanowisk, że nie przeciwnego, ale zdecydowanie wrogiego obozu politycznego.

Polityka w Polsce ma coś ze sportu. Tak by się mogło wydawać. Wszyscy chcą być pierwsi, aby rozkoszować się chwilą zwycięstwa. Euforia, tryumf zwycięzców nad pokonanymi i żadnych dywagacji na temat tego, co będzie dalej, i jak spożytkować odniesione zwycięstwo. Liczą się tylko kolejne nadchodzące mecze. Ranking w branżowych magazynach i miejsce w tabeli. W międzyczasie symulowane faule, wymuszone karne i „sędzia kalosz”, jak decyzja arbitra nie po naszej myśli.

Brzmi aż nazbyt znajomo. Tyle, że polityka z założenia w etyce katolickiej ma być troską o dobro wspólne. Nie o dobro własnego obozu politycznego, ale o dobro lokalnej społeczności, Ojczyzny, a także innych, których uważamy za braci i siostry. Oczywiście, z zachowaniem należnego porządku miłości. Tymczasem na naszym ojczystym boisku nie tylko zdaje się toczyć jakiś sportowy bój, ale niestety, jest chyba dużo gorzej, zwłaszcza jeśli chodzi o zachowywanie chociażby elementarnych zasad fair play. Niekiedy wydawać by się wręcz mogło, że atmosfera wrogości udziela się już nie tylko na boisku, ale także na trybunach.

Nie trzeba szukać trudnych słów, aby opisać to, czego od lat jesteśmy świadkami. Zarządzanie sferą ubóstwa, zamiast dążenie do jej likwidacji, nastawianie jednych grup społecznych na inne, straszenie rządu opozycją itp. Celowo nie odnoszę tych spostrzeżeń to tej czy innej władzy, tudzież opozycji, bo nie o barwy partyjne tutaj chodzi. Moje stanowcze NIE od lat budzi nastawianie ludzi na ludzi, przez kłócących się na ekranach telewizorów polityków, partyjnych propagandzistów czy zwykłych Kowalskich. Jak sięgnąć pamięcią, gdy protestowali górnicy, rządy ustami swych „ekspertów” mówiły o nierobach, drenujących budżet zbyt wczesnym przechodzeniem na emeryturę. Gdy upominali się nauczyciele, znów mówiło się o leniach, mających wakacje i ferie i co oni jeszcze chcą. Co rok, gdy zbliża się wizyta duszpasterska, jakiś tabloid znajdzie upadłego księdza, aby głośno krzyczeć „złodzieje i chciwcy u twoich drzwi!”. Teraz mamy kasty sędziów i lekarzy.

Trzeba by być ślepym, aby nie dostrzegać politycznych inspiracji i zagranicznych pieniędzy w tym, co obserwujemy w ścieraniu się rządu z opozycją. Jednak nigdy jako ludzie żyjący pod tym samym słońcem i mający jednego Ojca w niebie nie zaznamy pokoju, jeśli pozwolimy, aby merytoryczną dyskusję i nasze Polaków rozmowy zastąpiły inwektywy, obelgi i argumenty z epoki „dyktatury proletariatu”. Chyba, że po tzw. upadku komuny, nagle uwierzyliśmy w jej dogmaty…

Udostępnij...