Mission Impossible?

Spread the love
Sala lekcyjna w Mbaranga, Szkoła parafialna p.w. Św. Katarzyny ze Sieny
Sala lekcyjna w Mbaranga, Szkoła parafialna p.w. Św. Katarzyny ze Sieny

Nie trzeba być widzem kina akcji, aby zdać sobie sprawę, że także w życiu przeciętnego zjadacza chleba bywają misje, określane jako niemożliwe do wykonania. Co prawda, nie brakuje też ludzi, którzy każde zadanie traktują jako możliwe do wykonania od ręki, zastrzegając się jednak, że na cuda trzeba poczekać jednak kilka dni.

Jako że śmiem przypuszczać, iż czytelnicy niniejszego bloga są katolikami, a więc w cuda wierzą, śmiem także twierdzić, iż mają pełną świadomość, że jedynym wykonawcą „mission impossible” jest Pan Bóg – autor wszystkich cudów, jakie znamy.

Dziś jednak, gdy rozpoczynamy Tydzień Misyjny, nie będę bawił się w internetowe wydanie programu „Usterka”, opisując rodzimych twórców cudów, których wszakże na pewno nie brakuje, jeśli tylko słowo cud weźmiemy w cudzysłów. Chciałbym napisać za to kilka zdań o zadaniach nie tyle niemożliwych do spełnienia, co o misjach trudnych, ryzykownych i wymagających prawdziwego poświęcenia.

W lutym tego roku dane mi było stanąć na misyjnej ziemi przepięknej Afryki Równikowej, z której to podróży pozwoliłem sobie zamieścić kilka zdjęć w zakładce „U przyjaciół„, a do których dziś kilka zdjęć dołożyłem.

O misjach mamy wyobrażenia co najmniej różne. Jednym wydaje się, że to survival polegający na tym, jak przechytrzyć lwa, aby nie stać się przekąską Króla Zwierząt spożytą pomiędzy obiadem a śniadaniem , lub też krzyczeć ile sił w płucach „help me”, zażywając kąpieli w garncu podgrzewanym ogniem pośród plemienia ludożerców.

Afryka, którą zobaczyłem, innymi słowy jeden z regionów Kenii (zastrzegam, że widziałem zaledwie kruszynkę tego cudownego kontynentu), to cudowny, zapadający w pamięci widok zielonych, powulkanicznych gór, plantacji kukurydzy, kawy i herbaty. To również widok rozwijających się miast i miasteczek, budowanych dróg, oraz pracujących ciężko robotników, łupiących ręcznie kamienie, z których uzyskuje się bloczki skalne wielkości naszego pustaka, oraz gruz, czyli materiały potrzebne do budowy.

Kenia, a właściwie pisząc bardziej precyzyjnie, okolice Meru, to kraina, która będzie mi się na długo kojarzyć ze smakiem mango, wyjątkowo słodką i smaczną (niespotykaną u nas) odmianą banana, oraz ciężko pracującymi ludźmi uprawiającymi kawę i herbatę oraz ludźmi, którzy uwierzyli, że mogą jeszcze na swój sposób powalczyć o lepszy świat.

Kenijska arabika o nietypowych, małych ziarnach należy do prawdziwej klasyki wśród kaw. Jej cena na naszym rynku, (zielonej, niepalonej) zaczyna się zwykle od ok. stu zł za kilogram. Kiedy goszczący mnie ks. Patrick mówi podczas kazania, ile kosztuje kawa w Europie, na twarzach wiernych rodzi się najpierw niedowierzanie, później gniew, by za chwilę ukazać się mogła w całej swej krasie ludzka bezsilność i żal. Oni sprzedali swoje zbiory kawy po ok. 50 polskich groszy za kilogram. Kto zarobił 99,5 zł na tym interesie? Na pewno nie oni. Ich żal to także uczucie kierowane dziś do tych, którzy skolonizowali kiedyś ten cudowny kraj, a oddając jego mieszkańcom tzw. niepodległość ustalili na długo swoje strefy wpływów, trzymając rękę na pulsie, kiedy jakiś nadgorliwy geolog odkryje bogate złoża surowców naturalnych. Bezsilność i żal o których piszę, to także uczucia, które towarzyszą tam ludziom dostrzegającym, jak tzw. cywilizowany świat złupiwszy ich z czego się tylko dało, dziś odgrodził się od nich barierami wizowo celnymi traktując ich jak zwierzęta, które za niezłe pieniądze przyjeżdża się tutaj oglądać w parkach narodowych podczas safari.

Jeśli ktoś myśli, że to porównanie jest przesadzone, zacytuję tylko tamtejszego proboszcza – ks. Patricka. Najpierw będąc tu, w Polsce pokazał mi zdjęcia dzieci, jakie jego parafia ma pod opieką i pytając, czy nie znaleźli by się ludzie, którzy chcieli by je „adoptować na odległość” dodaje od razu: „wiesz, z adopcją na odległość w Afryce nie ma problemu, jeśli chodzi o zwierzęta w parkach. Każde zwierze ma swojego sponsora. Co innego jest, gdy chodzi o dzieci.”

Będąc w Afryce spotykam się z tymi dziećmi. Uśmiechnięte twarze, śnieżno białe oczęta, spoglądające na mnie z dochodzącym co jakiś czas z różnych stron okrzykiem „musungu” – biały! Ks. Patrick za zebrane w Polsce pieniądze zbudował im szkołę. To ich szansa i nadzieja, mówi z nieukrywaną dumą. Sam będąc na studiach w Rzymie (gdzie razem spędziliśmy dwa lata w seminarium) nauczył się, że edukacja, to dziś klucz, a raczej wytrych do lepszego świata. „Pomoc, którą się skonsumuje na jedzenie, nie rozwiąże żadnego problemu, a wręcz odzwyczai dzieci od radzenia sobie”, tłumaczy mi ks. Patrick.

Gdzie więc jest tytułowa „mission imposibble”? Na pierwszy rzut oka dostrzega się co najmniej trzy. Pierwszą pokonali kiedyś biali misjonarze przynosząc tamtejszym plemionom (żyje ich w Kenii 42) chrześcijaństwo. Dziś już tamtejszy Kościół ma swoje struktury i póki co nie cierpi na brak powołań. Można by wręcz powiedzieć, że jak tak dalej pójdzie, to za naście lat, stamtąd misjonarze będą nawracać spoganiałą Europę.

Druga „mission impossible” leży także w tamtejszych zwyczajach i kulturze. My mamy zegarki, mieszkańcy Afryki mają czas. Tam „godzinka” może znaczyć „jutro”, a „jutro” – „kilka miesięcy”. Od początku urzeczony krajobrazem oraz goszczącymi mnie ludźmi powtarzałem do końca mojego pobytu ks. Patrickowi: „Mógłbym już tu zostać na misjach, ale pod jednym warunkiem. Kupicie sobie zegarki!”

Trzecią zdają się pokonywać sami Kenijczycy. Podziały plemienne, oraz afrykańska mentalność, w której władzą się nie dzieli, tylko albo się ją ma, albo się o nią walczy. Dosłownie, z bronią w ręku. Kiedy wyjeżdżałem, w kraju panowała nerwowa atmosfera. Po raz pierwszy Kenijczycy zafundowali sobie tzw. demokratyczne wybory z kampanią wyborczą na wzór europejski. Z dumą powtarzali na każdym kroku. My się teraz zmieniamy, teraz będzie u nas tak, jak w Europie. Fakt, że po wyborach nie doszło do rebelii, a nowa władza nie zawiesiła opracowywanej przez całe lata nowej konstytucji, można uznać za dobry znak na przyszłość. Czy wystarczy Kenijczykom determinacji, aby zachować to co piękne i wartościowe z własnej kultury oraz przyjąć modele społecznego współżycia gwarantujące współpracę i pokój?

„Matką głupich cię nazwali nadziejo, ludzie podli, ludzie mali nadziejo. Choć się z ciebie natrząsają głośno śmieją, ty nas nigdy nie opuszczaj, nadziejo”, śpiewał Jan Pietrzak. Tego chyba im i nam w tym Tygodniu Misyjnym wypada życzyć

 

Gdyby ktoś rezygnując z paczki cukierków, czy pijąc poranną „małą czarną” chciał się podzielić „nadzieją” z dziećmi z Mbaranga, lubelska Caritas użycza numeru konta. Koniecznie w tytule wpłaty należy napisać „pomoc dla Kenii”. Wkrótce też planuję zamieścić w zakładce „U przyjaciół” zdjęcia dzieci, oczekujących na wsparcie w drodze ku nadziei.

 

Numer konta Caritas Archidiecezji Lubelskiej, która przekazuje pieniądze zebrane na ten cel: 46 1240 1503 1111 0000 1752 8351. Pozostałe dane do przelewu: Caritas Archidiecezji Lubelskiej, ul. Prymasa Wyszyńskiego 6, 20-950 Lublin. Tytuł wpłaty ?Pomoc dla Kenii?.

1 myśl w temacie “Mission Impossible?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Oblicz: * Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.