Roczne archiwum: 2013

Egoizm to też miłość!

Fot. ? olly - Fotolia.com
Fot. ? olly – Fotolia.com

Pewien bogaty Egipcjanin bardzo kochał swoją żonę. Niestety, ciężko zachorowała, i mimo najlepszej opieki medycznej, jaką był w stanie jej zapewnić, zmarła. Bardzo przeżył tę śmierć. Próbując ukoić swój ból, postanowił, że wybuduje jej najpiękniejszy grobowiec na świecie. Aby to było możliwe, należało zabalsamować ciało ukochanej żony. W międzyczasie rozpoczęto budowę imponującej piramidy – grobowca, który miał przyćmić wszystkie inne współczesne grobowce. Wnętrze oczywiście było zaprojektowane przez najlepszych architektów. Wysadzane drogimi kamieniami, udekorowane złotymi ozdobami, pełne przepychu i splendoru. Wreszcie wyznaczono dzień pogrzebu. Wniesiono ciało ukochanej żony, które zmumifikowane nie było już tak piękne jak za życia. Egipcjanin nagle posmutniał. Jego wzrok wędrował  na przemian od ciała do bogatych ozdób i odwrotnie. Wreszcie  jego wzrok spoczął na ciele żony. Zamyślił się dłuższą chwilę i zdegustowany powiedział do służących: „zabierzcie TO stąd. Nie pasuje do tej cudownej konstrukcji…”.

Stara legenda, która przypomniała mi się niedzielnego wieczoru, podczas gdy przeglądam wciąż niedokończoną katechezę do drugiej klasy liceum na temat in vitro i klonowania. Ostatnim razem stwierdzenie, że in vitro to egoizm rodziców wywołało gorącą dyskusję. Jak to, oskarżać ludzi, którzy tak bardzo pragną dziecka o egoizm?  Sięgam więc do słownika języka polskiego i czytam: „egoizm –  postawa charakteryzująca się nadmierną lub wyłączną miłością samego siebie, podporządkowaniem własnym potrzebom interesów innych ludzi, myśleniem wyłącznie o sobie i swoich korzyściach. Kochani moi, więc egoizm, to też miłość! Tyle, że miłość nieuporządkowana, miłość, która przedkłada swoje „ja” nad dobro innych ludzi. w tym wypadku nad dobro także tych, którzy zostaną poczęci w sztuczny sposób, lecz „nie przejdą selekcji” i w najlepszym razie zostaną „zamrożeni” w ciekłym azocie. Egoizm nie jest nienawiścią, lecz miłością, tyle że chorą. Obiecałem moim uczniom, że poszperam w Internecie, żeby potwierdzić informację, którą kiedyś podały media. Znalazłem artykuł z Rzeczpospolitej z 2010 roku. Jest niedługi, więc go zacytuję w całości:

„Wiele kobiet na Wyspach przechodzi kosztowną procedurę in vitro, by po udanym zabiegu zmienić zdanie i usunąć ciążę. Zwykle, jak donoszą brytyjskie media, na koszt państwa.

Taką decyzję podejmuje co roku blisko 80 kobiet ? wynika z danych Urzędu ds. Płodności i Embriologii (HFEA). Prawie połowa z nich w wieku 18 ? 34 lat przerywa ciążę, kierując się względami ?społecznymi?, a nie zdrowotnymi. Część dokonuje aborcji, bo czuje się przymuszana do macierzyństwa. Inne ? bo rozpada się ich związek. Według byłej posłanki konserwatywnej Ann Widdecombe kobiety te traktują dzieci jak ?modne zabawki?. Podobnego zdania jest prof. Bill Ledger z HFEA. ? One nie mogą być zaskoczone ciążą, bo nie można przypadkiem zajść w ciążę w wyniku in vitro ? mówi.

Zabieg in vitro kosztuje do 8 tysięcy funtów. W wielu przypadkach płacą za niego, podobnie jak za aborcję (ok. 5 tysięcy funtów), państwo, czyli podatnicy.” RP 08-06-2010

Dziś Chrystusa Króla Wszechświata. Przypominają mi się słowa innej mojej uczennicy, Kasi, która na jednej z lekcji na ten temat powiedziała m.in. „O czym w ogóle jest ta dyskusja? Gdybyśmy naprawdę mieli wiarę, świat nawet nie pomyślałby o aborcji czy in vitro…”.

Może więc warto zaufać Słowu Bożemu, które zachęca nas do innej, prawdziwej miłości: „Miłość niech będzie bez obłudy! Miejcie wstręt do złego, podążajcie za dobrem! W miłości braterskiej nawzajem bądźcie życzliwi! W okazywaniu czci jedni drugich wyprzedzajcie! Nie opuszczajcie się w gorliwości! Bądźcie płomiennego ducha! Pełnijcie służbę Panu! Weselcie się nadzieją! W ucisku bądźcie cierpliwi, w modlitwie – wytrwali! Zaradzajcie potrzebom świętych! Przestrzegajcie gościnności! Błogosławcie tych, którzy was prześladują! Błogosławcie, a nie złorzeczcie! Weselcie się z tymi, którzy się weselą. płaczcie z tymi, którzy płaczą. Bądźcie zgodni we wzajemnych uczuciach! Nie gońcie za wielkością, lecz niech was pociąga to, co pokorne! Nie uważajcie sami siebie za mądrych! Nikomu złem za złe nie odpłacajcie. Starajcie się dobrze czynić wobec wszystkich ludzi! Jeżeli to jest możliwe, o ile to od was zależy, żyjcie w zgodzie ze wszystkimi ludźmi!” Rz 12,9-18

Tragedia w górach

Fot ? Daniel Prudek - Fotolia.com
Fot ? Daniel Prudek – Fotolia.com

Podczas jednej z wypraw na Mont Everest doszło do tragedii. Zginął jeden z uczestników wyprawy, a reszta musiała zawrócić. Żegnając w sposób symboliczny swojego kolegę i towarzysza wspinaczki, ekipa przez chwilę w zamyśleniu patrzyła najpierw na przepaść, w której już na zawsze miał pozostać ich kolega, później na szczyt, po czym jeden z uczestników przemówił: „Pokonałeś nas Evereście. Jeden z nas zostanie tu na zawsze, a my musimy zawrócić. Ostateczne jednak zwycięstwo będzie należało do nas! Bo ty, już nie będziesz wyższy, niż jesteś. Twoje zbocze, nie może już być bardziej niebezpieczne, niż było dziś. My jednak schodząc na dół, idziemy, aby kiedyś tu jeszcze powrócić. I powrócimy, silniejsi i bardziej doświadczeni. Powrócimy pokonując własne słabości i lęki i wówczas cię zdobędziemy…”

To tylko legenda. Być może jak w każdej bajce i w tej legendzie jest okruch prawdy. Tyle, że ja dziś zawracam z innej „górskiej wyprawy”. Na zegarze dochodzi północ… Schodzę dzisiejszego dnia po zmaganiu się z moją ukochaną klasą. I piszę to, bez najmniejszej szczypty ironii…  Część „potyczki” dostępna w komentarzach pod wpisem „Powiedz mi czego słuchasz, a powiem ci kim jestem.” Przeglądam to wszystko i zastanawiam się, co myśleć. Tak zwyczajnie po ludzku widzę, że dziś muszę „wracać”. Trzeba jeszcze więcej modlitwy, potrzeba więcej siły i wytrwałości, bo szczyty nie będą już większe, niż wyrosły przez wieki, kiedyś więc z Bożą pomocą staną się możliwe do pokonania.

Z jednej więc strony spoglądam ku niedoścignionym szczytom, gdzie Prawda, Dobro, i Piękno spogląda oczyma pełnymi miłości na człowieka wabiąc tych, których stworzył na swój obraz i podobieństwo. Z drugiej patrzę na szczyty trudności i przeszkód, szczyty wiodące ku przepaści, w jaką spada tak wielu z tych, którzy mając dwanaście, szesnaście czy dwadzieścia kilka lat stracili już wiarę w lepszy świat, rozpoczynając rywalizacje o miano najlepszego w tym najgorszym.

Gdzie popełniliśmy błąd? Co zaniedbaliśmy, jako dorośli, katecheci, duchowni, że pokolenie, które rośnie na naszych oczach, domaga się prawa do …zmarnowania sobie życia? A teraz? Jak zwykle w takich przypadkach zasadnym staje się pytanie stawiane w słowach piosenki Perfectu:

„Czy w milczeniu białych haniebnych flag
Zejść z barykady
Czy podobnym być do skały
Posypując solą ból
Jak posąg pychy samotnie stać (…)

Czy w bezsilnej złości łykając żal
Dać się powalić
Czy się każdą chwilą bawić
Aż do końca wierząc, że
Los inny mi pisany jest (…)” ?

Powiedz mi czego słuchasz, a powiem ci kim jesteś

Fot. ? aigarsr - Fotolia.com
Fot. ? aigarsr – Fotolia.com

„Śpiewać ponoć każdy  może. Jeden lepiej, drugi gorzej.” Zresztą poziom śpiewu będzie inny u prawdziwego artysty, inny u szkolnego chóru, a jeszcze inny u amatora tanich trunków, wracającego całą szerokością ulicy do domu.

Dziś w jednej z klas „wpadła mi w rękę kartka z repertuarem”, jaki moje „maluchy” z jednej z klas planują puścić na szkolnej dyskotece. Przyznam, że jak już wcześniej pisałem, boleję nad słownictwem milusińskich, ale chyba przywykłem do tego, że generalnie jako nauczyciele i wychowawcy mamy z tym problem, tzn. nie mamy sposobu, aby wykorzenić z języka dzieci wulgaryzmy. Owa lista była więc dla mnie tylko potwierdzeniem problemu.

Wiem, o gustach się nie dyskutuje. Tak jednak się składa, że już na FB zauważyłem jak ta „twórcza” dyskusja rozwinęła się już w grupie „międzyklasowej”. Wulgaryzmy w tytułach, podteksty o wiadomym zabarwieniu i pytanie, czy nauczyciele się na to zgodzą… Gdy dodamy do tego satanistyczne gesty, jakie można zobaczyć nawet na internetowych profilach niektórych, takie same gesty wznoszone na koncertach, amulety zamiast krzyżyka czy medalika na szyi, przestaje dziwić, że współczesne pokolenie dzieci ma problem, by kilka minut posiedzieć w spokoju i posłuchać o rzeczach świętych.

Można powiedzieć, bez przesady. Dzieci poczuły trochę „luzu” i wykazują swoją kreatywność w tej akurat dziedzinie. Tak się jednak składa, że jakiś czas temu toczyłem dość ciekawą dyskusję na rzeczonym już FB na temat jednego z wykonawców, (aby nie obrażać artystów), którego satanizm jest powszechnie znany. Rozumiem, że w sposób naturalny jego pochwała mordu na Świętym, pogarda dla Błogosławionego (celowo nie podaję szczegółów, aby nie promować) przyciąga ludzi takich jak on, tzn. upatrujących w Bogu tyrana, a w Szatanie boga. Nie bardzo jednak rozumiem, skąd nie tylko tolerancja, ale i zachwyt takimi grajkami pośród ludzi, którzy uważają się za katolików? Przecież gdyby ktoś nazwał sztuką piosenkę w której śpiewa o pogardzie dla kogoś mi bliskiego, gdyby tam lżył ludzi, których szanuję, chyba nie słuchałbym tego, a już tym bardziej nie zachwycał się takimi melodiami?

Cóż, człowiek to jednak dziwna istota. Mówi, że kocha Boga, a zachwyca się tymi, którzy publicznie lżą Go za pieniądze. Chce być grzecznym dzieckiem rodziców, ale gdy oni nie widzą, zachwyca się zepsutym światem. Dziś liturgiczne wspomnienie św. Cecylii – patronki śpiewu  kościelnego, choć tak na prawdę nie wiadomo, czy grała na jakimś instrumencie. Mówią, że wielbiła Boga całym ciałem. Po otwarciu jej grobu kilkaset lat po jej męczeńskiej śmierci widać było, jak nie mogąc już mówić, gestami rąk wyznała wiarę w Boga. Wcześniej, będąc poślubioną poganinowi, nawróciła go swoim świętym życiem. To dopiero melodia Pieśni Miłości wyśpiewanej całym życiem! Czy zdążymy nią zachwycić współczesne dzieci i młodzież?

Mamusia sprząta, czy odlatuje?

Fot. ? Elnur - Fotolia.com
Fot. ? Elnur – Fotolia.com

Dowcipów o teściowych jest co niemiara. Tak jak ten tytułowy. Zięć wraca do domu, i widząc teściową zamiatającą mieszkanie, pyta prowokacyjnie: „Mamusia sprząta, czy odlatuje?”

Złośliwi powiadają jednak, liczba dowcipów o teściowych równa jest zeru, ponieważ wszystko co się na ten temat mówi, to prawda.

Jeszcze zaś inni powiadają, że przewagę celibatu nad małżeństwem stanowi właśnie to, że celibatariusz nie ma teściowej.

Kilka dni temu obiecałem wrócić w kolejnych wpisach do tematu celibatu. Słowo się rzekło. Nie będę przywoływał, tego co pisałem poprzednio (link na dole strony), a jedynie podsumuję, że z celibatem nie rozumiejący go – zarówno świeccy jak i duchowni mają dwojaki problem. Jedni, użalają się, jaki to ten ksiądz biedny, bo nie może mieć żony i dzieci. Problem drugiej natury, jest dokładnie odwrotny. Mają go ci, którzy mówią: księdzu to dobrze. Żona nie marudzi, teściowa nie stoi za plecami, jest ksiądz „sam sobie sterem, żeglarzem okrętem”.

Otóż prawda jest jeszcze inna. Celibat to powołanie do czystości przeżywanej w stanie bezżennym. Owszem, jest on wyrzeczeniem, bo któż nie chciałby patrzeć, jak pojawiają się dzieci, stawiają pierwsze kroki, mówią pierwsze słowo itd. Jak jednak przypomina papież Paweł VI, celibat to „płodność w Chrystusie”. Kapłan rezygnujący z założenia własnej rodziny nie może być życiowym kaleką, wokół którego trzeba chodzić i wszystko mu zrobić, jak gdyby „Bozia mu rączek nie dała”, jak powiadają czasem rodzice do małych dzieci. „Zostaje sam bez własnej żony i własnych dzieci, aby miłować wszystkie dzieci Boże i dla nich jak gdyby samego siebie składać w ofierze”. (por. Sacerdotalis celibatus 30)

Stąd też, kiedy niektórzy mnie pytają: „księdzu to się jeszcze chce tak angażować w pracę z dziećmi, młodzieżą?,” myślę sobie, czy ojca rodziny też pytają, dlaczego zmęczony po pracy, pozwala dzieciom, by skakały mu po głowie? Czy dziwi się ktoś, widząc zmęczoną matkę, kiedy czuwa nad chorym dzieckiem? Biada jej, gdyby tego nie robiła. Stąd też, raczej moje zdziwienie bierze się stąd, skąd u ludzi prawdziwe czy fałszywe zgorszenie, gdy kapłan, czasem do późnego wieczoru siedzi w salce parafialnej z młodzieżą i rozmawia o rzeczach, które ich interesują; gdy wspólnie z nimi jedzie na pielgrzymkę, gra w piłkę czy spędza czas w inny godny sposób…?

Papież Paweł VI naucza: <kapłan> „Będąc bowiem oddzielony od świata, kapłan bynajmniej nie odłącza się od Ludu Bożego, ponieważ dla ludzi jest ustanowiony (Hbr 5,1) i poświęca się całkowicie tak wypełnieniu miłości (por. 1 Kor 14,4n), jak i dziełu, do którego Bóg go powołał?” (por. Sacerdotalis celibatus 58)

Kiedyś powiedział mi starszy kolega: „Ksiądz cokolwiek nie zrobi, zawsze będzie źle. Nie będzie pracował z młodzieżą, powiedzą zupełnie nienowoczesny ksiądz. Będzie spędzał czas z młodymi ludźmi, oskarżą go, że szuka „pocieszenia w celibacie”. Pójdzie odwiedzić chorego parafianina do szpitala, powiedzą, że pewnie leży tam jakaś jego „nie wiadomo jak bliska znajoma”, nie pójdzie, zawyrokują o nim, że nieczuły i wyobcowany z parafii. Będzie siedział na plebanii, powiedzą leń i próżniak. Zaangażowany w duszpasterstwa będzie przebywał poza probostwem, powiedzą już gdzieś pojechał…” Stąd wielu pyta, jak żyć.

Odpowiadając, każdy z nas kapłanów ma swoje sumienie i piękną encyklikę o celibacie napisaną przez papieża Pawła VI, a skoro i tak mają na mnie wieszać psy, warto robić swoje i mieć świadomość, że ostateczny osąd należy do Tego, który jest najprawdziwszym Ojcem nas wszystkich. I to On będzie nas sądził z ojcostwa. Tego rodzinnego i tego kapłańskiego.

Polecane wpisy:

Od celibatu do małżestwa

„Młodzieńczym okiem” – Miłość

Tankowanie do pełna

Fot. ? bilberrystudio - Fotolia.com
Fot. ? bilberrystudio – Fotolia.com

„Młode, wykształcone i pijane”. Takim tytułem jedna z gazet opisywała swojego czasu młode pokolenie dziewcząt wkraczające w dorosłe życie. Zaledwie kilka lat temu, ucząc w jednej z poprzednich szkół, na katechezie na której omawiałem piąte przykazanie Dekalogu, postanowiłem zatrzymać się nieco dłużej przy problematyce trzeźwości. Początkowo dzieci słuchały tego, co miałem do powiedzenia, by po kilku minutach dojść do wniosku, że czas najwyższy księdza uświadomić. Jedna z uczennic podniosła rękę prosząc o głos, a gdy jej go udzieliłem, usłyszałem pytanie, które wyglądało na retoryczne: „czy księdzu się wydaje, że u nas w klasie ktoś jeszcze nie wie, jak smakuje alkohol?”. Zaniemówiłem. Wszak była to klasa trzecia …szkoły podstawowej.

Nie trzeba być odkrywcą, żeby zauważyć, że w Polsce wielu ma problem z alkoholem. Ile krzywdy wnosi alkohol do polskich rodzin, tego też nie trudno sobie wyobrazić, zwłaszcza, jeśli pracuje się z ludźmi. Dlatego też trochę dziwi, swoisty kult alkoholu, jakim otaczany jest on, zwłaszcza przez ludzi młodych. Ilość zdjęć na portalach społecznościowych, na których uwieczniona jest puszka czy butelka z alkoholem, może spokojnie konkurować ze „słitaśnymi fotkami”, zamieszczanymi tam przez dzieci te mniejsze i te nieco wyrośnięte.

Właśnie w kontekście dzieci, zwłaszcza tych, których rodziny czy domostwa dotknięte są problemem alkoholowym, zawsze zastanawiało mnie, jak to możliwe, że ci, którzy przez alkohol tyle wycierpieli, sięgają po niego, zanim zdążą ukończyć owe magiczne osiemnaście lat.

Czyżby był to jedyny, „sprawdzony” wzorzec zachowania, jaki owe dzieci, chcące uważać się za dorosłych, znają? Ucieczka od problemów? A może jeszcze co innego?

Zawsze, kiedy mówię czy to dzieciom, czy młodzieży, że jako abstynent nie wiem jaki smak ma wódka czy piwo, nie chcą wierzyć. Wydaje im się, że ksiądz tak mówi, ponieważ wypada mu tak powiedzieć.

Kiedyś w jednej ze szkół średnich, w których uczyłem, uczennica najpierw dopytywała się kilkukrotnie, czy to w ogóle możliwe, aby nie znać smaku alkoholu, poza winem, którego używam przy mszy świętej, po czym śmiejąc się głośno pochwaliła się klasie swoją „refleksją” mówiąc: „ale jaja, to Ksiądz by się jednym piwem „ubrzdyngolił!”

Przechwalanie się – prawdziwe lub fałszywe, ile kto może wypić, traktowanie alkoholu, jako pomysłu na swoją „dorosłość”, ucieczka od problemów i nie wiem co jeszcze, sprawiają, że ulice, blokowiska i otoczenia popularnych sieci sklepowych wciąż kojarzą się i pewnie długo jeszcze będą kojarzyć się z widokiem młodych ludzi, którzy przegrali swoje życie nawet nie próbując walczyć o coś lepszego, niż „życiową poniewierkę”.

Najbardziej jednak widocznym znakiem czasów a zarazem dramatem naszych rodzin jest to, co zawiera się w pytaniu, które wcześniej czy później pada w każdej klasie: „a jak mi rodzice pozwalają, to też mam grzech?” I zdaje się, że mimo innych czynników, to przede wszystkim tu jest „pies pogrzebany”…

Miłość i zbrodnia

Fot. ? NatUlrich - Fotolia.com
Fot. ? NatUlrich – Fotolia.com

Pewien młody chłopiec zakochał się w dziewczynie, która była bardzo zazdrosna. Nie tylko dążyła do tego, aby w jego najbliższym gronie prawie nie było koleżanek, ale w końcu wpadła na szalony i zbrodniczy pomysł. Będąc zazdrosną o ukochanego, postanowiła nawet pozbyć się jego matki. Co gorsza, zdecydowała, że zrobi to jego rękami. Zażądała od ukochanego, żeby udowodnił, iż ona jest dla niego najważniejszą osobą na świecie. Postawiła warunek, aby zabił on swoją matkę, i wyrwał jej serce. Kiedy to zrobi ma jej przynieść to matczyne serce na misie. Oczywiście po to, aby udowodnić, że na prawdę ją kocha i dla niej nie cofnie się przed niczym.

Dziwna to musiała być „miłość”, skoro chłopiec zgodził się na taki warunek. Wyczekał nocy, zabił matkę, wyciął jej serce, włożył do misy i biegiem pospieszył do ukochanej. Jak to jednak w nocy bywa, biegnąc ciemną, nieoświetloną drogą, potknął się. Misa z sercem matki wypadła mu z ręki, serce potoczyło się gdzieś w dal, a jemu, leżącemu na ziemi wydawało się że serce z oddali z przejęciem zapytało: „synu, nic ci się nie stało”?

To tylko opowiadanie. Zresztą nieprawdziwe. Jedno z wielu jakie powstały by opowiedzieć o miłości matki do swoich dzieci. Dziś jednak na prawdę w wieku dziewięćdziesięciu trzech lat zmarła mama błogosławionego księdza Jerzego Popiełuszki. Przeżyła własnego syna, a właściwie przeżyła jego męczeństwo. Młodszym czytelnikom mojego bloga przypomnę, że w 1984 roku ksiądz Jerzy Popiełuszko został uprowadzony i zamordowany przez pracowników komunistycznej Służby Bezpieczeństwa. Zmasakrowane ciało księdza znaleziono po kilku dniach w wodach zalewu w Wiśle koło Włocławka.

Nikt z nas nie jest w stanie wyobrazić sobie, co czuje matka, która najpierw musi słuchać, jak oficjalna propaganda w radiu i telewizji mówi najgorsze rzeczy o jej dziecku, jeszcze trudniej wyobrazić sobie, co czuje matka, która musi zidentyfikować zmasakrowane, martwe ciało syna…

Jedno jest pewne. Źli ludzie w bestialski sposób odebrali syna matce, bo miłość jaką bł. ks. Jerzy darzył Boga, ludzi i Ojczyznę była nie do zniesienia dla komunistycznych zbrodniarzy. Ona, matka świętego, przebaczyła mordercom syna. Powtarzała, że modli się o ich nawrócenie. Dziś po latach matka i syn są znowu razem, tyle, że „po tej drugiej stronie życia”.

Czasem tylko prowadząc katechezę w szkole, stając do posługi w kościele czy zwyczajnie mijając młode dziewczęta na ulicy zadaję sobie pytanie, ile spośród nich będzie mamami na wzór śp. Marianny Popiełuszko, i wychowa swoich synów na świętego, a ile upodobni się do zazdrosnej narzeczonej z przykładu jaki zamieściłem na początku wpisu. I to właśnie w imię miłości…

Polecany artykuł: http://www.opoka.org.pl/aktualnosci/news.php?id=49973&s=opoka

Czerwony śnieg

Fot. ? WoGi - Fotolia.com
  Fot. ? WoGi – Fotolia.com

Usłyszałem kiedyś o tym eksperymencie przez radio. Zaproponowałem to ćwiczenie jednej z klas. Choć dziś akurat szkoda mi było pięciu minut i trwało ono poniżej minuty, a w związku z tym nie przyniosło oczekiwanego rezultatu, to jednak wówczas, kilka lat temu dało zupełnie inny wynik. Ale do rzeczy. Otóż kilka lat temu, powtarzaliśmy z jedną z klas przez kilka minut bez przerwy słowo krew. Po czym nagle, dzieci zapytane z zaskoczenia: „jaki kolor ma śnieg” co najmniej w połowie odpowiedziały „czerwony”.

Oblicza manipulacji bywają różne. Zapytałem kiedyś jedną z klas, o inny eksperyment. „Gdybym dał komuś z was dużo pieniędzy i kazał aby stanął w drzwiach szkoły i wchodzącym wmawiał, że jest inny dzień tygodnia, niż w kalendarzu, jaka byłaby wasza reakcja?”. „Pomyślelibyśmy, że zwyczajnie się wygłupia, padła odpowiedź.” Pytam więc dalej. Wyobraźcie sobie więc, że zapłacę po sto złotych każdemu z waszej klasy oprócz jednej lub jednego z was i poproszę o to samo. Na dodatek wyobraźcie sobie, że jesteście z klasą sami w szkole.” Zaczęlibyśmy się zastanawiać, i pewnie uwierzylibyśmy, że to my pomyliliśmy dni tygodnia” odpowiedziały prawie jednomyślnie dzieci. Idę więc jeszcze dalej i mówię. Wyobraźcie sobie więc człowieka tak bogatego, że ma stacje telewizyjne i radiowe, gazety, portale internetowe i tyle pieniędzy, że ludzie mówią tam i piszą to, co on chce, choć może to być nieprawda. Co wtedy?” W klasie zapadła cisza. W końcu któryś z moich uczniów zapytał: „Ale po co ktoś miałby coś takiego robić? Dlaczego miałby płacić innym, żeby kłamali?” Dobre pytanie stwierdziłem. I za chwilę zrobiłem kolejny eksperyment, którego wkrótce pożałowałem. Wyciągam więc portfel, dobywam sto złotych i pytam: „No to spróbujemy, czy to działa. Kto za was będzie chodził po szkole i okłamywał innych, że dziś jest np. środa?” Las rąk powędrował w górę. Zasmuciłem się i mówię: „ale to przecież kłamstwo.” Część i tylko część zawstydzona opuściła ręce, ale pozostali z błyskiem oczu o wartości stu złotych mówią: „no to co? To tylko głupia zabawa, a sto złotych można zarobić”. Wówczas spokojnie, choć z nieukrywanym smutkiem odpowiadam dzieciom. Widzicie, to już teraz wiecie, po co ktoś miałby płacić, aby szerzono kłamstwo w mediach. Zwyczajnie po to, aby samemu zarobić jeszcze więcej…

Zawsze ilekroć widzę „słitaśne fotki” dzieci przybierające co najmniej dwuznaczne pozy w internecie, przypomina mi się ta lekcja. Ile razy widzę w dziecięcych dłoniach czasopisma, niby kierowane do nieletnich a obfitujące w rubryki o „pierwszych razach”, plastikowych idolach reklamujących za chwilę „gumy i gumki”, propagujące rozwiązły tryb życia od najmłodszych lat i dodające jako gadżety „krzyże Nerona”, „amulety na szczęście” i inne talizmany mam wrażenie, że dokonuje się istny gwałt na dziecięcych umysłach przy milczącej aprobacie dorosłego świata. Dzieci rosną w przekonaniu, że pewne postawy, zachowania, gesty są normalne. Pozwalają się więc wciągnąć w zepsuty świat od jego najgorszej strony, pozbawiając się niejednokrotnie resztek wolności i świadomego wyboru. Noszą pogańskie symbole, pokazują dumne z siebie satanistyczne gesty, i publicznie obściskują uwieczniając to często na zdjęciach publikowanych w internecie. „Dzieci na sprzedaż,” jak kiedyś ktoś ze smutkiem mi o nich powiedział.

Doświadczenie zaś wskazuje, że im bardziej dziecko „skopane przez życie”, tym bardziej lgnie nie do Chrystusa i jego miłości, lecz do sztucznego świata, który na jego słabościach, grzechach i nałogach robi coraz większe fortuny. I to jest przerażające…

Cudowny lek z Polski! Nadzieja dla milionów ludzi.

Boy on roller skates and little girl in front of house.Zanim ujawnię skąd wziąłem tego newsa, przytoczę pewną anegdotę. Otóż drogą idzie ksiądz w stroju duchownym. U drzwi bloku widzi małe dziecko, które próbuje dosięgnąć domofonu. Widzi, że nie daje rady, więc chcąc pomóc podchodzi i pyta, który przycisk ma nacisnąć. Dziecko od razu rozpromienia się na twarzy i podaje bez wahania numer mieszkania, do którego chce zadzwonić. Ksiądz więc naciska, dumny z siebie, że zrobił dobry uczynek, a dziecko jeszcze weselsze mówi do niego w tym momencie: „A teraz proszę księdza szybko uciekamy…”

Zastanawiacie się pewnie, co ma do cudownego leku niosącego nadzieję stara kościelna anegdota? Otóż już wyjaśniam. Dziś Ojciec Święty Franciszek powiedział w Watykanie o leku, jaki dotarł z Polski „odkryty” przez polskiego kleryka pod roboczą nazwą „miserykordyna” od łacińskiego słowa „misericordia” czyli „miłosierdzie”. To opakowanie przypominające lekarstwo, zawierające w środku różaniec i obrazek Jezusa Miłosiernego wraz z ulotką, objaśniającą jak je stosować.

Domyślam się, że czytelnicy mojego bloga słyszeli już zapewne dzisiaj tego newsa, stąd skupię się jedynie na „przeciwwskazaniach” do stosowania „miłosierdzia”. Czy są takowe? Zakładając że miłosierdzie, to niezasłużony dar, podstawowym przeciwwskazaniem zdaje się być nie tak znowu rzadka w naszym społeczeństwie postawa „a mnie się należy”. Dokładnie tutaj dla wielu ludzi zaczyna się problem. Należy im się chrzest, katolicki pogrzeb, należy im się nawet świąteczna paczka z Caritasu. Obdarowanie czymkolwiek takiego człowieka nie przynosi nawiązania jakiejkolwiek więzi. Nie docenia niczego, co otrzymuje od innych, nie docenia tego, co otrzymuje od Boga.

W skrajnych zaś przypadkach znajdują się ludzie, którzy domagając się od wierzących w Chrystusa właśnie miłosierdzia, rozumieją je jako przyzwolenie na szerzenie grzechu w przestrzeni publicznej. Czy jednak katolik w imię miłosierdzia ma wcielać się w rolę księdza z anegdoty cytowanej na początku?

O ile jeszcze w dzisiejszym skomplikowanym świecie w imię właśnie miłosierdzia można mieć szczyptę wyrozumiałości dla oszukanych i wykluczonych, którzy uważają, że pewne minimum, nawet materialne od innych im się należy, o tyle domaganie się od Boga i Kościoła aby zaaprobowali grzech, by dobro nazwali złem a zło dobrem, aby w imię miłosierdzia odstąpili od głoszenia Prawdy Ewangelii zdaje się być prawie, jeśli nie już w pełni bluźnierstwem. Nie byłoby to miłosierdziem, lecz jego zaprzeczeniem.

Od Boga otrzymaliśmy wszystko. W sposób darmowy i niezasłużony. To jemu należy się od nas zwykłe ludzkie „dziękuję”. Kiedy zaś wydaje się nam, że zawalił się nasz świat, że Bóg o nas zapomniał i nas opuścił, zaczekajmy, zanim Zły skusi nas do posądzania Boga o brak miłosierdzia. Być może próbuje dać nam dużo więcej, niż to o co prosimy tylko trzeba czasu, aby w pełni ujawniły się jego Boskie plany.

Stąd zachęcając do stosowania „miserykordyny” przypominajmy sobie nawzajem (wszak napominanie grzesznych jest właśnie uczynkiem miłosierdzia), że lek ten przyjmujemy na diecie – bez sycenia się słowami „a mnie się należy”…

Przeklęte dzieci

Fot. ? Scott Griessel - Fotolia.com
Fot. ? Scott Griessel – Fotolia.com

Turysta próbuje zaparkować samochód jak najbliżej górskiego szlaku. Niestety, wszystkie parkingi pozajmowane. Wreszcie dostrzega wąską uliczkę, położoną pomiędzy niezbyt zadbanymi domostwami. Przez chwilę się waha, czy auto będzie tu bezpieczne, ale widząc starego bacę pyta: „Baco, mogę tu postawić samochód”. Baca zaś: „Ja, możecie.” „A dzieci tu są grzeczne? Nie zniszczą mi auta?” Dopytuje turysta. „Panocku, u nos som same grzeczne dzieci”, słyszy zapewnienia Bacy.

No więc turysta stawia samochód i idzie w góry. Wracając własnym oczom nie wierzy. Już z dala dostrzega, jak jego auto otoczyła gromada nastolatków. Tłuką szyby, rysują po karoserii, skaczą po samochodzie. Biegnie co sił i prawie ze łzami w oczach krzyczy zrozpaczony: „Baco, Baco, mówiliście, że dzieci tu są grzeczne, a to co? Mój samochód! Co z niego zrobili?” Na to Baca: „Pytaliście o dzieci, więc padołem i padom, że dzieci tu są grzeczne, a te co wom auto rozwalili, to nie dzieci, tylko miejscowa hołota!”

Owszem, być może „spaliłem” nieco tę anegdotę, cenzurując ją, czyli zamieniając tu i ówdzie zakres słownictwa na nieco mniej wyraziste, czy jak mówią inni, nie wulgarne.

Otóż dawno już się zbierałem, aby poruszyć temat owych słynnych trzech rzeczowników i jednego czasownika, które wystarczą niektórym do wyrażenia wszelkich możliwych stanów duszy i ciała. Swoistym znakiem czasów jest jednak to, że krąg tych osób coraz częściej powiększają dzieci i co jest jeszcze bardziej przykre, coraz częściej dziewczynki. Wystarczy przejrzeć facebookowe profile milusińskich, żeby zobaczyć, jakie treści są tam wypisywane. Mało tego, jak to zwykle na tym portalu bywa, są one sygnowane własnym zdjęciem oraz imieniem i nazwiskiem.

Pokazuje to, że niestety takim językiem dorośli coraz częściej nie tylko posługują się w obecności dzieci, ale wręcz takim słownictwem zwracają się do dzieci. Dlatego przestaje powoli dziwić, że w szkole, kiedy nauczyciel w sposób kulturalny mówi, „Jasiu, bardzo Cię proszę o spokój, proszę cię odłóż ten długopis, proszę podejdź itp”., zderza się z całkowitym brakiem reakcji. Zwyczajnie nikt tak w domu czy w środowisku rówieśniczym do niego tak nie mówi…

Zwulgaryzowanie przestrzeni publicznej sięga zenitu i to niestety przy zachwycie tzw. wiodących mediów. Tzw. „parady równości”, obsceniczne treści prezentowane w mediach, nazywanie sztuką tego, co jest zwykłym epatowaniem bluźnierstwem i wulgarnością, (o czym pisałem wczoraj  -wpis p.t. „Piękno i Bestia”) sprawiają, że coraz więcej dzieci uważa za normę taki styl bycia i wyrażania się.

Co nas czeka w związku z tym w ciągu najbliższego czasu? Nikt z nas nie jest prorokiem, aby to przewidzieć, ale świadomość, że żadnej dziedziny życia człowiek tak nie przeklina i nie wulgaryzuje, jak tę, która w jakiś sposób wiąże się z początkiem jego życia, skłania do modlitwy nie tylko za przeklinające dzieci, ale także, a może przede wszystkim za te przeklęte przez własnych rodziców, i to czasem od pierwszych dni ich istnienia…

Piękno i Bestia

Zombie Portrait - on white
Fot. ? AlienCat – Fotolia.com

Opowiadano mi swojego czasu historię pewnego obrazu. Otóż „artysta” postanowił ubrać skórzane spodnie, siąść na palecie z farbami, następnie użyć zamiast pędzla swojego „siedzenia”. Usiadł ową „półszlachetną” częścią ciała na płótnie i okręcił się kilka razy i tak powstał obraz. Jakie jednak było jego zdziwienie, gdy przeglądając księgę pamiątkową z tejże wystawy przeczytał wpis dotyczący tego nietypowego obrazu. Otóż jakaś pani zachwycona tym „pięknem” napisała. „Chciałabym ucałować rączkę mistrza, która to namalowała”…

Cóż, sztuka i artyści nie jedno dziś mają imię. Coraz częściej słyszy się o tych, którzy obrali sobie za obiekt „artystycznej ekspresji” krzyż, figurę lub jakikolwiek inny motyw religii chrześcijańskiej, pokazując przy wsparciu progenderowskiej propagandy jacy są odważni i jak nie boją się w katolickim kraju profanować tego, co dla wielu ludzi uosabia świętość. Nota bene ciekawe, że są tak artystycznie kreatywni i odważni, jeśli chodzi tylko o chrześcijaństwo.

Drugą grupę „artystów”, którzy dość osobliwie przypominają o sobie od czasu do czasu stanowią Ci, dla których mentorem mógłby być dorosły pan o zdrobniałym imieniu, umieszczający polską flagę w psich odchodach. Otóż te przypadki są o tyle trudne do zinterpretowania, że nigdy nie wiadomo, co jest czynnikiem pobudzającym artystyczną wenę owych krzewicieli „nowego świeckiego porządku”. Zamiłowanie do sfery związanej z odchodami, czy brak zamiłowania do szacunku dla symboli narodowych?

Jakkolwiek na to nie spojrzeć, trudno mi tych ludzi nazywać „artystami”. Największym artystą jest Bóg. Każdy ziemski artysta może jedynie w minimalnej części próbować oddać piękno stworzenia. Jak jednak ocenić tych, którzy przedmiotem swej aktywności uczynili bluźnierstwa, skandale obyczajowe, tudzież oddali się na służbę wspomnianej już antyludzkiej ideologii?

Swojego czasu przerażały mnie widoki trupich lalek, będących ponoć ostatnim krzykiem mody wśród dzieci. Przyjmując, że jednym z określeń Boskiego Artysty czyli Boga jest Piękno, to brzydota, bluźnierstwo obsceniczność raczej są atrybutami Złego Ducha, czyli Bestii. Tak więc, wychodzi na to, że „gorszenie sztuką”, której ponoć wg kanonów współczesności wszystko wolno, jest chyba kolejną odsłoną boju Bestii przeciwko Pięknu. Jedyną pociechą pozostaje to, że Bestia ów bój przegrała już na początku czasów. Dziś próbuje już tylko zadać możliwie największe straty dzieciom Odwiecznego Artysty. Więc, nie dajmy się! Odwieczne Piękno i tak ostatecznie zatryumfuje, a póki co pamiętajmy, że zło dobrem się zwycięża.