Roczne archiwum: 2014

„Czy wierzy Ksiądz w Boga?”

Fot - © Daniele Depascale - Fotolia.com
Fot – © Daniele Depascale – Fotolia.com

Tytuł to treść e maila, jakiego dziś dostałem. Przyznam, że po raz drugi w życiu ktoś pyta mnie, wiedząc, że jestem księdzem, o to, czy wierzę w Boga. Przyznam też, że jestem nie mniej zaskoczony tym pytaniem, niż za pierwszym razem. Co do meritum.
Owszem, wierzę.
Dlaczego? Ponieważ alternatywą dla wiary i jej powszechności, jest przyjęcie, że jako człowiek jestem „pomyłką bezdusznego świata”, który pozwala mi pragnąć czegoś, co przerasta moje życie na ziemi, prowadząc mnie w ten sposób donikąd. Tego, że uczucia mojego serca: miłość, nienawiść, żal, smutek, radość to tylko beznamiętne reakcje chemiczne, którymi jako zabłąkana na peryferiach wszechświata, tymczasowa konfiguracja przypadkowo zespolonych atomów, próbuję sobie tłumaczyć swoje przypadkowe zachowania, nadając im posmak celowości. Konsekwencją braku wiary, byłoby dla mnie konieczność zwracania się do bakterii i wirusów per „Pan”, gdyż ostatecznie każdy z nas przegra z nimi swoją ostatnią walkę na tym świecie. Konsekwencją
odrzucenia wiary w Boga, byłoby dla mnie postawienie człowieka nie na szczycie, lecz na samym dole hierarchii bytów, nazywanych przez nas ożywionymi, bo kierując się czymś, co nazywamy rozumem i wolnością ulegalibyśmy wówczas masowemu Matrixowi, i masowo wpadali w pułapkę, doszukując się we łzach czegoś więcej, niż mieszanki wody i soli mineralnych, a w uśmiechu czegoś wykraczającego poza ulotny grymas kilku mięśni istniejących jedynie przez moment w historii wszechświata. Angażowanie więc naszego działania, by unikać jednego, a dążyć do tego drugiego, czyż nie byłoby bardziej absurdalne, niż bieganie psa, za końcem własnego ogona? Czyż nie o wiele bardziej zaawansowanymi istotami byłyby wówczas zwierzęta, posłusznie wykonujące polecenia zakodowane w instynkcie?Jaką wartość miałoby wówczas to, co nazywamy Prawdą, Dobrem i Pięknem, nie mówiąc już o miłości, gdyby odrzuciwszy Wieczną Sprawiedliwość upatrywać w cnotliwym życiu najprostszej drogi do porażki? Co miałoby mnie, samotnego mężczyznę po czterdziestce powstrzymywać, przed przyjęciem cynicznej postawy hazardzisty, próbującego wbrew wszystkiemu i wszystkim maksymalizować korzyści, kosztem każdej napotkanej istoty, wiedząc, że nic nie może przecież wiecznie trwać? Tej więc najdłuższej nocy w dziejach ziemi, kiedy próbuję szukać odpowiedzi na kluczowe pytanie mojego życia, spoglądam na otaczający mnie świat i nawet w jego odejściu od Boga, w całej jego niedoskonałości, zdaję się widzieć ślad Jego Boskiego planu. O ile w człowieku zawsze będzie pokusa, by odrzucić wszelką zwierzchność nad sobą, o tyle będzie jeszcze większa pokusa, aby póki nie wypełnią się nasze dni i z naszych oczu nie opadnie zasłona doczesności, seryjnego mordercę nazywać dalej zbrodniarzem, osądzając według niematerialnych norm moralnych jego indywidualną ekspresję w bezsensownej kosmicznej przemianie materii. Balansując pośród owych wspomnianych już pokus, zawsze będę bardziej skłonny zacisnąć pięść widząc krzywdę niewinnego dziecka, niż uznać, że bestia uwięziona w ludzkim ciele, dokonała postępu na drodze ewolucji, eliminując niezdolną do samoobrony jednostkę gatunku homo sapiens, odbierając jej coś, co nazywam niewinnością czy w innym wypadku życiem. Tę samą pięść rozluźnię, dekorując twarz uśmiechem, widząc dwoje wpatrzonych w siebie młodych ludzi, zmagających się z myślą, że ich miłość pozwoli im przemeblować świat. Póki będę przemierzał codziennie kilometry, nieuświadamiając sobie, że drepcę w miejscu, zważając na wielkość choćby samej ziemi, będącej pyłkiem we wszechświecie, będę miał nadzieję, że robię coś bardziej sensownego, niż robiłbym próbując unicestwić się, uciekając od bezsensownej tułaczki po świecie materii. Póki z mojego języka nie znikną takie wyrażenia jak „sens”, „wartość”, „logika”, „celowość”, będę wciąż ulegał tej niezrozumiałej dla niewierzących pokusie przyjmowania istnienia Kogoś, Kto nad tym wszystkim czuwa i tę pokusę, niezrozumiałą i irytującą wielu, niepoprawnie, wciąż rzucając w bezkres ludzkiego słowotoku moje kilka nic nieznaczących zdań, nazywał będę WIARĄ.