Dzienne archiwum: 3 grudnia 2013

Grzechu warta?

Tempter
Fot. © Darlla V. – Fotolia.com

„Czy pani Marta jest grzechu warta? Ta myśl uparta zabija mnie” śpiewała swojego czasu Irena Santor.

Grzech wielu jawi się jako zakazana rozkosz. Bardzo często spotyka się stwierdzenie: „Kościół wszystkiego nam zabrania”, „dlaczego wszystko, co dobre jest zakazane” itp.

Jakiekolwiek spokojne i rzeczowe tłumaczenie zdaje się przegrywać z tą retoryką zakazanego owocu. Dlaczego? Cóż w starciu dobra ze złem bardzo często wykazujemy się mentalnością supermarketową. Od razu chcemy z życia brać, co tylko jest w zasięgu naszych oczu. Najlepiej rzeczy zwracające na siebie uwagę powabną etykietą, mocno reklamowane, kuszące kilka zmysłów jednocześnie. Cena zdaje się nam być wówczas rzeczą wtórną. Przecież najpierw bierzemy do koszyka, a dopiero później ….? No właśnie co? Później jak w supermarkecie, tak i w życiu przychodzi brutalna bramka przy kasie. O ile dziecko w czasie zakupów towarzyszy dorosłemu, który decyduje, co maluch może wziąć z półki a czego nie, o tyle o tyle my dorośli o mentalności dziecka chcemy z życia nie tylko brać do koszyka, ale od razu konsumować wiele, zwłaszcza „zakazanych rzeczy”. Nie przejmujemy się napomnieniami Boskiego Ojca, jakie nam daje w postaci przykazań, ale głośno tupiąc nogą, domagając się  wszystkiego, co nam się podoba chcemy to dostać tu i teraz. Bez żadnego czekania. Ulegamy pierwszej szatańskiej pokucie, chcemy być jak bogowie, domagamy się niczym nie ograniczonej wolności. Prawa do grzeszenia i nie ponoszenia żadnych ani doczesnych ani wiecznych konsekwencji.

Bramka w postaci „bramy końca życia”, przez wieki powstrzymywała ludzi przed wieloma grzechami. Dziś jednak, w dobie zakupów na raty, płatności kartą, telefonem, człowiek najpierw bierze, później martwi się o resztę. Przecież najbardziej „boli” pozbycie się żywej gotówki z portfela. Także w życiu, człowiek dokłada starań, aby cena jaką trzeba zapłacić za grzech zbytnio nie to bolała. By wydawała się odroczona, rozłożona na „nieoprocentowane raty”. Tyle, że w życiu tak się nie da. Nawet, jeśli nie od razu widzimy konsekwencje „życia na moralny kredyt”, z czasem życie wystawia rachunek.

Ludzie powiadają: „Bóg wybacza zawsze. Człowiek czasami, natura nigdy!” Tak też jest z „leczeniem skutków grzechów”, które powodują duchowe obrażenia na wielu płaszczyznach. Największa „duchowa rana”, choć zupełnie niewidzialna, to duchowy wyrok śmierci za grzech śmiertelny, czyli piekło. Dzięki temu, że Jezus Chrystus przyjął ten dług  na siebie pokonawszy śmierć i grzech, spowiedź św. uwalnia nas od tego wyroku. Gorzej z relacjami międzyludzkimi zepsutymi przez grzech a jeszcze gorzej z grzechami przeciwko naturze. Te powodują prawdziwe spustoszenie w duszy i psychice grzeszników.

Jak więc leczyć te duchowe rany? Na pewno trzeba zacząć od konfesjonału. Pamiętać o zadośćuczynieniu a kiedy moralna rana się zabliźni, nauczyć się żyć oszpeconym duchową blizną, która jak przysłowiowe szczęście w nieszczęściu będzie nas przestrzegała i przypominała, że życie jest jak supermarket. Za wszystko co weźmiesz z niego, przyjdzie ci zapłacić przy kasie. Inaczej może nas czekać spotkanie z bezwzględną „piekielną” ochroną…